Rzeczywistość bez retuszu

© Raphaël Gaillarde

© Raphaël Gaillarde

Dzisiaj mijają 4 lata od śmierci Pascala Garniera, francuskiego pisarza, autora ostatnio wydanego przez nas tytułu Jak się ma twój ból?. Książka ta liczy sobie zaledwie 174 strony, jednak wystarczy tylko tyle, by zmusić czytelnika do refleksji. Jaką prawdę o świecie ukazuje autor w tej krótkiej, prostej opowieści?

Wydaje się, że bohaterowie książki są stworzeni na zasadzie kontrastu: chłodny, cyniczny i bezwzględny Simon kontra serdeczny i prostoduszny lekkoduch Bernard. Czuła i troskliwa matka Fiona oraz wyzwolona, niepokojąca samotniczka Rose. Malutka Violette, poznająca otaczający ją świat i żegnająca się z życiem Anaïs. Młodość i starość, nadzieja i rezygnacja, życie i śmierć. Czy jest tu miejsce na wspólny mianownik? Garnier pokazuje, że owszem, jest – i to bardzo dużo miejsca.

Świat powieści Jak się ma twój ból? nie jest czarno-biały. Jednak jeśli ktoś spodziewa się skali odcieni szarości, bardzo się rozczaruje. To barwna historia z barwnymi postaciami. To właśnie zderzenie bohaterów z tak różnych światów pozwala autorowi ukazać rzeczywistość bez retuszu – czasem przyjemną, czasem ohydną i zawsze niedoskonałą.

Owa niedoskonałość świata przejawia się na wielu płaszczyznach – na przykład w wątku miłosnym Bernarda i Fiony. Są co prawda młodzi, ale wcale nie piękni i romantyczni. To zwykli ludzie, którzy na co dzień borykają się z problemami i którzy zdążyli doświadczyć już w życiu różnych trudności. Spotykają się w zupełnie przypadkowych okolicznościach, a ich miłość rozkwita pomimo niesprzyjającej aury. To uczucie wynikające przede wszystkim ze spotkania dwóch pokrewnych i bardzo osamotnionych dusz, a nie z przypływu namiętności.

„Niedoskonały” jest również, w pewnym sensie, Simon – ten oschły, z pozoru pozbawiony skrupułów i sentymentów mężczyzna w istocie jest bardzo emocjonalny. Nie jest tym, za kogo chciałoby się go uważać, nie spełnia kryteriów czarnego charakteru. Przeciwnie, nie sposób go nie lubić, mimo że jego postępowanie budzi wiele wątpliwości. Simon ceni takie wartości jak przyjaźń i lojalność. Okazywanie uczuć nie jest jego mocną stroną, ale jak się okazuje, nawet tak niewrażliwy człowiek jak on potrafi niekiedy uronić łzę.

Podobnie Bernard – chociaż sprawia wrażenie wcielenia dobra i serdeczności, jego również stać na niejednoznacznie moralne czyny. Ma dobre intencje, ale czy na pewno udaje mu się zawsze dokonać najlepszego wyboru? O tym musi zadecydować czytelnik, dla którego spotkanie z tymi niezwykle przewrotnymi postaciami powinno być bardzo ciekawym doświadczeniem.

Więcej informacji o książce można znaleźć na stronie wydawnictwa.

Reklamy

Książki, które leczą

Czy literatura może być lekarstwem? Okazuje się, że tak, i to w ścisłym znaczeniu tego słowa.

Biblioterapia, czyli leczenie za pomocą czytania, to stosunkowo nowa metoda terapeutyczna. Jej najbardziej znaną formą jest skierowana do dzieci bajkoterapia. Jednak z leczniczych właściwości (o)powieści może skorzystać każdy bez względu na wiek. Najlepiej zgłosić się do wykwalifikowanego biblioterapeuty, który przepisze odpowiednią dawkę właściwych lektur, dobranych stosownie do dolegliwości.

Książka zamiast psychoterapii

FreeDigitalPhotos.net

FreeDigitalPhotos.net

W Polsce biblioterapia jest jeszcze stosunkowo mało znana. Praktykuje się ją właściwie tylko w odniesieniu do dzieci i młodzieży borykających się z problemami zdrowotnymi i psychologicznymi. Zwykle terapia taka ma formę zajęć grupowych z elementami zabawy i ćwiczeń.

W Wielkiej Brytanii oblicze biblioterapii jest zupełnie inne. Grupą docelową nie są już tylko dzieci, lecz osoby w każdym wieku, a nawet częściej dorośli. W Londynie powstała instytucja The School of Life, specjalizująca się m.in. w prowadzeniu biblioterapii indywidualnej lub dla par.

Do zespołu biblioterapeutów z The School of Life należy m.in. współautorka książki The Novel Cure, będącej zbiorem literackich recept na różne dolegliwości – Ella Berthoud. Wizytę u niej opisał John Crace, dziennikarz „The Guardian”:

Minęło ponad 20 lat, odkąd po raz ostatni byłem na kozetce terapeuty. Mój psychiatra zwykł siadać za mną i nie odzywać się ani słowem przez bite 50 minut. Ta terapia nie skończyła się dobrze dla żadnego z nas.

Tym razem jest to znacznie bardziej satysfakcjonujące doświadczenie. Przede wszystkim moja terapeutka, Ella Berthoud, siedzi naprzeciwko mnie i utrzymuje kontakt wzrokowy. Poza tym rozmawiamy o książkach – jest to temat, na który mówię o wiele chętniej, niż o ubogich zakamarkach własnego psyche. Ella jest biblioterapeutką – leczy przy pomocy książek. Wysłuchuje ludzi, którzy opowiadają o tym, co się dzieje w ich życiu, i zaleca lektury, które mogą im pomóc. Leczenie czytaniem zamiast leczenia gadaniem. (…)

Źródło: The Guardian

Literatura w pigułce

Okładka brytyjskiego wydania książki "The Novel Cure"

Książka The Novel Cure (dosł. powieściowy lek), którą Ella Berthoud napisała do spółki z Susan Elderkin, to alfabetyczny spis najróżniejszych dolegliwości, do których przypisane są odpowiednie powieści-leki. Książka ma formę leksykonu i jest ponadto zaopatrzona w indeksy oraz spisy najważniejszych pozycji beletrystycznych. Nie jest to jednak publikacja naukowa czy specjalistyczna – autorki kierują swoją książkę do szerokiego grona czytelników, którzy chcą potraktować literaturę nie tylko jako rozrywkę, lecz także jako sposób na poprawienie swojego samopoczucia.

Polska wersja książki ukaże się w grudniu 2014 r. nakładem wydawnictwa Claroscuro.

Jak i dlaczego to działa?

Mogłoby się wydawać, że literatura nie oddziałuje na czytelników aż tak mocno, by wpływać na ich stan zdrowia. Jest to uzasadnione zastrzeżenie, ale tylko częściowo. Z pewnością biblioterapia nie uleczy chorób ciała, ale może wpływać na poprawę samopoczucia i kondycji psychicznej. Co więcej, zdaniem biblioterapeutów odpowiednio dobrane książki są źródłem nowych perspektyw, pobudzają wyobraźnię, dają nowe spojrzenie na rzeczywistość, dzięki czemu mogą przyczyniać się do szeroko rozumianego rozwoju pacjenta.

Sztuka jako remedium

FreeDigitalPhotos.net

FreeDigitalPhotos.net

Trzeba pamiętać, że biblioterapia nie jest odosobnioną techniką, lecz przynależy do szerszej kategorii, tzw. arteterapii. Arteterapia to, najogólniej mówiąc, metody leczenia i wspomagania rozwoju oparte na kontakcie pacjenta ze sztuką. Jest to kontakt zarówno bierny, jak i czynny – pacjent nie tylko odbiera różne formy artystyczne, lecz także podejmuje próby ich tworzenia lub odtwarzania.

Biblioterapia odkrywa potencjał drzemiący w literaturze. Nie ma w tym nic z działania magicznego, bo mechanizm jest prosty – odkrywając nieznane sobie światy, czytelnik pogłębia swoją wyobraźnię, empatię, uczy się lepiej rozumieć otaczający go świat i innych ludzi. A może również – samego siebie.

Opowiedzieć książkę rysunkiem – rozmowa z Miguelem Imbirimbą

Jak powstała okładka do Tajnego agenta Jaime Bundy? Co jej twórca ma wspólnego z Polską? Jak dogadują się ze sobą Angolczyk i Brazylijczyk? Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Miguelem Imbirimbą – autorem okładki książki Tajny agenta Jaime Bunda!

Claroscuro: Czy mógłby pan opowiedzieć nam o początkach pana przygody z rysunkiem ? Czy zawsze myślał pan, że to będzie pana zawód? Skąd pomysł na ilustrowanie komiksów?

Miguel Lalor Imbirimba: Rysowałem od zawsze, a od 10. czy 12. roku życia jestem wielkim fanem komiksów. To wtedy miałem okazję zobaczyć wystawę komiksów francuskich i spotkanie to okazało się miłością od pierwszego wejrzenia. Później, żeby dostać się na Akademię Sztuk Pięknych, porzuciłem nawet studiowanie nauk społecznych na uniwersytecie. Jako ciekawostkę powiem, że moim mistrzem był Polak, pan Bohdan Bujnowski, który wywarł ogromny wpływ na mój wybór drogi zawodowej. W pewnym momencie myślałem nawet o podjęciu studiów w Warszawie, tak bardzo mnie zainspirował. Polska zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.

C: Stworzył pan okładkę do portugalskiego wydania Pepeteli Tajny Agent Jaime Bunda, za pańską zgodą wykorzystaliśmy ją do polskiego wydania książki. Jak do pana dotarła powieść i tym samym zlecenie na projekt okładki? Jest pan Brazylijczykiem, książka napisana została w Angoli. Obecnie mieszka pan we Francji, prawda?

MLI: W tamtym okresie pracowałem akurat dla wydawnictwa Pepeteli, Editions Dom Quixote w Lizbonie. Fakt, że Pepetela pochodzi z Angoli, a ja z Brazylii bardzo nas do siebie zbliżał. Brazylijczyk zawsze ma coś w sobie z Afrykanina, czy to w genach, czy w duszy. Zostałem więc wybrany do pracy nad okładką książki Pepeteli w sposób zupełnie naturalny. Od dziesięciu lat mieszkam w Paryżu i pracuję nad komiksami, ale czasem brakuje mi tworzenia jakiejś okładki.

C: Po lekturze powieści miał pan od razu pomysł na okładkę? Jak podobała się panu książka?

MLI: Myślę, że ta okładka należy do udanych. Natychmiast zrozumiałem humor i ducha książki, i bardzo przypadła mi ona do gustu. W brazylijskiej odmianie portugalskiego słowo ‚bunda’ oznacza pośladki. A Brazylijczycy wyznają prawdziwy kult tej części ciała, co jest oczywistym wpływem kultury afrykańskiej. Postać Jaime jest w 80% własnym tyłkiem, to jakże przedstawić go inaczej?

C: Czy myśląc o okładce, którą ma pan zaprojektować, bierze pan pod uwagę krąg kulturowy, do którego należą przyszli czytelnicy? Czy zastanawia się pan nad różnicami w poczuciu humoru, rozumieniu estetyki u odbiorców z różnych państw? Na przykład, czy w Portugalii słyszał pan taką opinię, że okładka Tajnego agenta… może sugerować, że to książka dla dzieci? Myśli pan, że pańskie intencje zostały poprawnie odczytane?

MLI: Tak, oczywiście, myślałem o efekcie, jaki ten rysunek, dość syntetyczny, może też dziecinny, wywrze na czytelnikach z różnych kultur. Jest to jednak książka angolska, do tego bardzo zabawna. Patrząc z kolei na okładkę francuskiego wydania, uważam, że to katastrofa, od razu widać, że tworzył ją ktoś z zewnątrz, ktoś spoza kultury luzo-afrykańskiej, w żaden sposób nie opowiada o książce. Dla mnie zawsze ważne było to, żeby pozostać bardzo wiernym wobec tonu, w jakim napisana była książka; przy pomocy jednego rysunku staram się opowiedzieć historię, którą zawiera. I, szczerze, w przypadku Jaime Bundy udało mi się to.

C: Wspominał pan wcześniej o polskim rysowniku, który był pańskim mistrzem i źródłem inspiracji. Mógłby pan szerzej opisać tę relację?

MLI: Bohdan Bujnowski był wykładowcą rysunku i architektury na uniwersytecie, na którym studiowałem. Bardzo szybko nawiązała się między nami przyjaźń, dom profesora stał się dla mnie oazą na długie lata. Bohdan był dla mnie mistrzem, w sensie daleko przekraczającym zakres rysunku. On i jego żona Hanna wywarli na mnie ogromny wpływ. Po drodze nauczyłem się kilku słów po polsku i bardzo dużo o historii waszego kraju. Opuściłem Brazylię, żeby studiować sztukę i żyć z niej w Europie, co jest w dużej mierze jego zasługą. Niestety, nigdy nie byłem w Polsce, ale taka wizyta sprawiłaby mi ogromną przyjemność, muszę się kiedyś tam wybrać.

C: Jakie są pana plany na przyszłość? Jest pan znany głównie z komiksów, myśli pan jednak o ilustrowaniu książek?

MLI: To prawda, że zostałem pełnoetatowym rysownikiem komiksowym, ale znajduję czas na wykonanie kilku ilustracji to tu, to tam. Literatura mnie pasjonuje, dlatego też jestem cały czas otwarty na „ubieranie” książek.

C: Bardzo dziękuję za rozmowę.

MLI: (po polsku) Dziękuję!

Wywiad przeprowadziła i przetłumaczyła z języka francuskiego Joanna Wojewodzic.

Co jadał i pijał Jaime Bunda, czyli angolskie kulinaria

Zagłębiając się w świat Jaime Bundy, bohatera książki jednego z najsłynniejszych pisarzy angolskich – Pepeteli, poznajemy uroki oraz koszmary angolskiego życia w Luandzie, zwanej miastem skrajności. Podróżując wraz z młodym detektywem ulicami stolicy tego afrykańskiego kraju, widzimy nie tylko samo miasto i ludzi tam mieszkających, ale też, niczym krytycy kulinarni, zgłębiamy tajniki angolskiej kuchni. Nie bez przyczyny Bunda uchodzi za miłośnika jedzenia, będącego dla niego największą świętością, którą należy właściwie celebrować – w spokoju i przy odpowiednio zastawionym stole. Co jadał Bunda – koneser whisky, czym żywi się przeciętny mieszkaniec Angoli?

Trzeba pamiętać, że ta była kolonia portugalska to kraj właściwie nieprzerwanie od lat 50. XX wieku targany wojnami, które wpłynęły na wygląd tradycyjnej kuchni. Angolskie kulinaria to mieszanka licznych wpływów, przede wszystkim wyrafinowanej kuchni europejskiej, do której wprowadzono produkty lokalne, powszechnie dostępne na terenie tego kraju. Nie zabraknie tam również potraw znanych i, rzec można, światowo dostępnych, takich jak fast food (hamburgery i hot-dogi) zapijany coca-colą. Lecz kuchnia ta posiada też swoje smaczki, czasem uchodzące za rarytasy, czasem zdumiewające. Cóż nietypowego możemy zjeść w luandzkiej restauracji?

Podstawą potraw kuchni angolskiej są przede wszystkim: fasola, kukurydza i maniok (również przerabiane na mąkę), bataty (czyli słodkie ziemniaki) czy dziki szpinak, podawane w różnych formach, na tysiące sposobów. Funje to typowa potrawa, mająca postać placka o mniej lub bardziej stałej konsystencji, do zrobienia której wykorzystuje się mąkę z kukurydzy lub manioku. Jadany jest sam lub jako dodatek do ryby albo gulaszu. Jest to kuchnia bardzo esencjonalna, w której wykorzystuje się dużo przypraw; ostry czarny pieprz, pikantno-gorzkie curry, aromatyczny cynamon. Bardzo ważnym składnikiem jest brazylijska odmiana ostrej papryczki, zwanej piri-piri – podstawa słynnego ostrego sosu. Olej palmowy to kolejna gwiazda tej kuchni, który nadaje potrawom słodkawy smak. Używany jest niezwykle często, właściwie w większości potraw. Popularne są też ryby, głównie dorsze i sardynki (pozostałość upodobań kulinarnych portugalskich kolonizatorów?), grillowane na węglu drzewnym, co nadaje im charakterystyczny wędzony aromat, i podawane z cytryną, oraz mariscos, czyli owoce morza, w skład których wchodzą m.in. barwne langusty i okrągłe kraby. Kalulu to pozycja numer jeden w rybnym menu tego kraju, niezwykle popularna na wybrzeżu.

Ale nie jest to kuchnia wyłącznie wegetariańska. Mięso to ważny składnik diety mieszkańca Angoli. Zamawiając feijoadę będziemy delektować się smakiem świńskich uszu, kiełbasy i boczku, występujących w asyście czarnej fasoli. Mimo iż jest to danie typowo brazylijskie, nie zabraknie go w kuchni angolskiej restauracji. Kura to kolejne zwierzę nieustannie goszczące na angolskich stołach, serwowane w wielu wariacjach. Podawana w formie roladek, gulaszu, czy w sosie z orzeszków ziemnych z olejem palmowym zaskoczy nawet najwybredniejsze podniebienie. Często gotowana po prostu z solą i jedzona z ryżem. Występuje jednak przede wszystkim w towarzystwie funje. Największą niespodzianką dla zagranicznego turysty będzie obecność w kuchni angolskiej mięsa bawolego, marynowanego godzinami w zalewie z oleju i ziół, cieszącego się tak wielką popularnością jak kurczak. Jak smakuje to zwierzę, kojarzące się nam przede wszystkim z safari?

Zapraszamy do kosztowania specjałów Angoli oraz lektury książki Tajny agent Jaime Bunda, która przybliży nam klimat, w jakim przeciętny Angolczyk spożywa posiłek. Bon apetit!

P.G.

Inspiracje Shahrnush Parsipur

Shahrnush Parsipur to pisarka znana nie tylko w swoim ojczystym Iranie, ale i na całym świecie. Międzynarodową sławę przyniosła jej książka Kobiety bez mężczyzn. Co jest inspiracją dla tej niezwykłej kobiety? O czym mówi i co stara się przekazać swoim czytelnikom?

Pisarka nie boi się mówić otwarcie o kobietach w irańskim społeczeństwie. Opowiada nie tylko o ich pozycji w tym odmiennym świecie, lecz również o ich problemach. Dzięki tematom, które porusza w swoich książkach jest inspiracją dla wielu młodszych autorek. Parsipur stała się swego rodzaju mentorem, u którego rady poszukują początkujące twórczynie. Często zdarza się, że otrzymuje teksty oraz dołączone do nich prośby o opinię od początkujących pisarek, zainspirowanych jej twórczością, które przygotowują swoje książki do wydania. Z uśmiechem przyznaje, że w swojej twórczości sama również inspirowała się dziełami innych pisarzy. Kto więc wywarł wpływ na twórczą pracę tej pisarki?

W pierwszej kolejności wymienia Fiodora Dostojewskiego, jako tego, którego darzy największym uwielbieniem. Śmieje się, że jest jej pierwszą platoniczną miłością, z czym wiąże się pewna historia z jej życia. Kiedy uczęszczała do katolickiej szkoły we Włoszech, w każdą niedzielę zakonnice, które prowadziły tę placówkę, opowiadały uczniom o Bogu. Parsipur wspomina, że słuchając ich, zawsze myślała, że jeśli byłaby chrześcijanką i miałaby zostać oblubienicą Chrystusa, to jednak wolałaby wyjść za Dostojewskiego.

Kolejną jej inspiracją stała się powieść angielskiego pisarza Carola Dickensa Wielkie nadzieje. Przeczytała ją ponad trzydzieści razy i nie zawahałaby się sięgnąć po tę książkę kolejny raz. Po raz ostatni towarzyszyła jej podczas pobytu w irańskim więzieniu. Wtedy to poczuła, że chociaż zna tę historię na pamięć, to wywiera ona na niej takie samo wrażenie, jak za pierwszym razem. Co ciekawe, nie czytała nigdy żadnej innej powieści tego autora. Parsipur nie odmawia zasług w kształtowaniu jej stylu również literaturze latynoamerykańskiej. Jako swoich mistrzów tego nurtu wymienia Gabriela Gárcię Márqueza i Jorge Luisa Borgesa. To pod ich wpływem styl pisarstwa Parsipur przybrał formę poetyki magicznego realizmu – dominującego nurtu Ameryki Łacińskiej. Lecz nie są to jej jedyne inspiracje.

Wskazuje też na mitologię, nie tylko grecką czy rzymską, ale też m.in. sumeryjską czy rodzimą, irańską, jako kolejne ze źródeł, które odcisnęło na niej swoje piętno. Podczas studiów zainteresowała się wróżbiarstwem chińskim, filozofią i religią Chin. Na własną rękę zaczęła poznawać ten kraj, jego bogatą kulturę i wielowiekową tradycję. Po nitce do kłębka, następnie kolej przyszła na Indie, a wpływ mitologii chińskiej, indyjskiej i irańskiej wciąż jest widoczny w jej utworach, tak jak właśnie w Kobietach bez mężczyzn. Ale czy znalazł się ktoś z własnego podwórka, kto zachwycił ją równie mocno jak wspomniani twórcy?

Zdecydowanie tak. Spośród Irańczyków najważniejszym twórcą według Parsipur jest Sadeq Hedayat. Studiował on literaturę zachodnią, a czerpał z dokonań takich pisarzy jak Allan Edgar Poe czy Franz Kafka. Pod koniec lat 30. wydał powieść Blind Owl (polski tytuł – Ślepa sowa). Tekst ten uznano za irańskie arcydzieło literackie XX wieku, z czym w stu procentach zgodziła się Parsipur. Ceni ona ten utwór i przyznaje, że wywarł na niej niesamowite wrażenie. Nawiązała do niego w dwóch książkach: najpierw w Touba and Meaning of Night (dosł. ‚Touba i sens nocy’), a następnie w Blue Intellect (dosł. ‚Niebieski intelekt’).

A na koniec ciekawostka; Ślepa sowa ukazała się w polskiej wersji w 1979 nakładem wydawnictwa PIW. A dziś możecie ją kupić na Allegro. Ceny zaczynają się już od 1,50 zł.

M.G