Bibliotekarz – zawód marzeń?

Mało stresu, kreatywne zadania, istotna dla społeczeństwa rola. Oto ważne powody, dla których zawód bibliotekarza dla wielu może okazać się pracą marzeń.

ID-100104094Bibliotekarz to jeden z bardziej podatnych na stereotypizację zawodów. Jakie mamy wyobrażenie o reprezentantach tego zawodu? Cóż powiedzieć, bywa to obraz nieszczególnie pozytywny – groźnie spoglądające spod okularów bibliotekarki, które czepiają się zbyt głośno rozmawiających czytelników, nudno wyglądający bibliotekarze, w wyciągniętych swetrach czy pulowerkach i koszulach w kratę, zgarbieni pośród zakurzonych półek. Słowem – nuda. Sporadycznie wśród pierwszych skojarzeń pojawia się obraz sexy bibliotekarki żywcem wyjętej z filmu American Pie.

Dziś Dzień Bibliotekarza, a więc doskonała okazja, by rozpocząć walkę z tak krzywdzącym wizerunkiem pracowników bibliotek. W ślad za redakcją magazynu „Buzzfeed” przytoczymy 9 powodów, dla których warto zmienić zdanie o zawodzie bibliotekarza.

1. Keep calm!

Portal CareerCast.com opublikował jakiś czas temu ranking najmniej stresujących zawodów świata. Bibliotekarz uplasował się w nim na bardzo wysokiej pozycji. Właściciel portalu Tony Lee zachęca do podjęcia pracy w bibliotece, wskazując na liczne zalety tego zajęcia:

Jeśli twoje życie jest pełne stresu, zastanów się nad wyborem zawodu oferującego pewne zatrudnienie i satysfakcjonujące zarobki, zawodu, który jednocześnie nie ma specjalnych wymogów fizycznych, nie naraża na niebezpieczne sytuacje i w którym nie obowiązują deadline’y.

Czyż nie brzmi to zachęcająco?

2. Bibliotekoznawstwo się rozwija.ID-10086798

Na początku radziliśmy, aby pozbyć się wszelkich stereotypów. Zapomnijmy więc o stosach zakurzonych książek, które widywaliśmy na filmach. Najnowsze technologie wyszły na przeciw także bibliotekom. Absolwenci bibliotekoznawstwa są coraz lepiej wykształceni w zakresie obsługi baz danych i zarządzania archiwami. Zbiory biblioteczne ulegają cyfryzacji. Od kandydatów na bibliotekarza wymaga się już nie tylko magistra z bibliotekoznawstwa, lecz także z informatyki. Zawód ten wymaga więc lat nauki, a bibliotekarze to prawdziwi specjaliści!

 

3. Bibliotekarze są potrzebni wszędzie!

Blogerka Merdith Myers, absolwentka bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, prowadzi bloga, na którym opisuje doświadczenia swoje i swoich kolegów po fachu. Czym zajmuje się Merdith? Stworzyła swoją linię ubrań! Jej motto brzmi:

Potrzebujemy ubrań literalnie wspaniałych, a jeśli jest coś mądrzejszego niż czytanie książek, to noszenie ich!

Ubrania Merdith są trochę jak Carrie Bradshaw, a trochę jak Alicja w Krainie Czarów – to linia inspirowana literaturą. Bibliotekarka zajmująca się modą, kto by pomyślał? Na blogu Meyers poznajemy również właściciela restauracji Bern’s Wine Cellan, z wykształcenia bibliotekarza. Jak twierdzi, bez przygotowania merytorycznego, jakie zdobył na studiach, nie ogarnąłby zbiorów win, które znajdują się w jego lokalu. Ów zbiorek liczy sobie, bagatela, 90 tysięcy butelek najróżniejszych win z całego świata. Bibliotekarz, ekspert od archiwizacji danych bywa, jak widać, niezbędny również w winiarni.

ID-100176170

4. Bibliotekarze mają poczucie humoru!

Steven Kemple, bibliotekarz Biblioteki Publicznej w Cincinnati i Biblioteki Głównej Hamilton Conty, w jednej z sal biblioteki siedzi na ziemi przebrany za goryla i zaczyna przerzucać książki. Steven definiuje tę praktykę jako eksperymentalny sposób na wzbudzenie ciekawości u potencjalnego czytelnika.

Bibliotekarz – mówi – nie różni się wiele od artysty. Jedna z najważniejszych funkcji biblioteki publicznej to promocja świadomości obywatelskiej i uświadamianie ludziom, jak ważne jest wzbudzanie zainteresowania w ludziach. Zaciekawienie często jest inicjowane przez zdumienie, szok, przebranie goryla może stać się zalążkiem cudu, może zachęcić ludzi do czytania.

Według Kemple’a stworzenie niecodziennych sytuacji wzbudza w dzieciach (i dorosłych) zainteresowanie. Zbliżenie ludzi do biblioteki poprzez przebranie goryla? To nie szaleństwo, to geniusz.

5. BibliID-100209565otekarze są superkreatywni.
Bibliotekarze aktywnie organizują wydarzenia i imprezy dla dzieci. Niemal w każdej bibliotece organizowane są spotkania adresowane do najmłodszych. Wieczory tematyczne, zajęcia uczące kreatywności, grupowe czytanie klasyki literatury, nauka czytania na głos. Jak myślicie, kto organizuje te wszystkie wydarzenia? Bibliotekarz, a jakże. Zawsze gotowy, by zaangażować dzieci w różnym wieku do rozwijających i ciekawych zajęć.

 

6. Kreatywność nie kończy się na dzieciach.


Rozrywka nie jest zarezerwowana tylko dla najmłodszych. Dorośli także mogą spędzić przyjemnie czas w bibliotece. Powstaje naprawdę wiele inicjatyw dla dojrzalszych czytelników. Na przykład w okresie przedświątecznym Centennial Library organizuje UGLY CHRISTMAS SWEATER CRAFT NIGHT. Podczas tej unikalnej imprezy wszyscy uczestnicy tworzą najbrzydsze świąteczne swetry. Ty przynosisz sweter, my zapewniamy ci brzydotęmożna przeczytać na ulotce. Dorośli sympatycy książek mogą uczestniczyć również w wydarzeniu BOOKS&BREWS, podczas którego prezentacja książek i degustacja piwa tworzy zaskakującą mieszankę. Wszak nie samymi powieściami żyje biblioteka. Kino i muzyka? Bibliotekarz zadba o wszystko. Biblioteka Publiczna w L’Oak Park organizuje MOVIEOKE, imprezę, w ramach której goście odtwarzają sceny ze swoich ulubionych filmów, dokładnie tak, jak śpiewaliby piosenki na karaoke.

7. Bibliotekarze są superbohaterami!

Flynn Carsen jest bibliotekarzem. To bohater telewizyjnego miniserialu. Opowiada o bibliotekarzu superbohaterze, który musi obronić kolekcję legendarnych i mitycznych woluminów, taki Indiana Jones bibliotekarzy. Wśród serialowych bibliotekarzy najbardziej znany jest bez wątpienia Rupert Edmund Giles, bohater Buffy, postrach wampirów. Giles jest odpowiedzią na wszystkie bolączki Buffy: dysponuje szeroką wiedzą o demonach, wampirach i innych straszydłach, zna magię i różne zaklęcia, jest świetnym strategiem, bardzo inteligentnym i pełnym pomysłów na wyratowanie swojej przyjaciółki z wszelkiej opresji. Jakby tego było jeszcze mało, Giles jest również poliglotą, zna języki współczesne i starożytne. A ponadto jest mistrzem sztuk walki – prawdziwy superbohater!

8. Wielcy pisarze byli bibliotekarzami!

Marcel Proust na przykład w 1896 pracował jako wolontariusz dla Bibliothèque Mazarine. Prawdę mówiąc, do tej pracy zmusił go ojciec i Proust przystał na to niechętnie. Prawdopodobnie od pragmatyzmu zajęć bibliotekarza bardziej pociągała go intelektualna praca piórem. W telegraficznym skrócie – Proust szybko po rozpoczęciu pracy poszedł na zwolnienie lekarskie, które dziwnym trafem przedłużało się na lata, aż w końcu biblioteka uznała, że zrezygnował ze stanowiska. Następny wielki pisarz-bibliotekarz to Jorge Luis Borges, który w przeciwieństwie do kolegi po fachu prawdziwie pasjonował się pracą w bibliotece. Niestety w 1946 z powodu niechęci do rządu Juana Domingo Peróna został zwolniony ze stanowiska. Jednak to nie jedyni pisarze, którym zdarzył się epizod pracy w bibliotece. Wśród nich jeden z braci Grimmów, Jacob, Madeleine L’Engle, Joanna Cole, Beverly Cleary i wielu, wielu innych.

9. Bibliotekarze zmieniają świat na lepszy.

Glenor Shirley od ponad 17 lat zarządza biblioteką zakładu karnego dla nieletnich w Maryland. W wywiadzie wyjaśnił, że większość z ponad 1700 więźniów przed wyrokiem nigdy nie postawiła nogi w bibliotece. Dzięki więziennym bibliotekom stali się jednak zagorzałymi czytelnikami. Glenor wyjaśnia, że osadzeni robią dobry użytek z biblioteki:

Staje się ona miejscem, w którym mogą nauczyć się czytać, napisać list do rodziny, obejrzeć film instruktażowy na temat mechaniki samochodowej lub po prostu psychicznie oderwać się od rzeczywistości.

Na pytanie, jakie książki najczęściej wypożyczają młodzi więźniowie, odpowiada:

Harry’ego Pottera i encyklopedię medyczną. Kiedy w ambulatorium dostają jakieś leki, chcą się upewnić, czy są odpowiednie dla ich potrzeb – dodaje ze śmiechem.

ID-100164922

Wśród wielu inicjatyw stworzonych przez Shirley uwagę zwraca program, który daje rodzicom możliwość czytania książek swoim przebywającym w zakładzie dzieciom. To bardzo ważny moment, w którym wzmacnia się więź między rodzicem a dzieckiem. Shirley wierzy, że dzięki jego pomysłom, młodzi osadzeni wyjdą z więzienia lepiej przygotowani do życia w społeczeństwie, bardziej dojrzali i odpowiedzialni.

 

 

Na podstawie artykułu Martiny Brunetti, http://www.libreriamo.it/a/7318/ecco-perche-quello-del-bibliotecario-e-il-lavoro-dei-sogni-non-solo-per-i-booklover.aspx

Tualeta, czyli salon lektur

Nie myślcie czasem, że największą zasługę w naszej edukacji miała sowiecka szkoła, Biblioteka im. Nadieżdy Krupskiej, Biblioteka im. W. I. Lenina lub jakiś tam państwowy Uniwersytet Łomonosowa. Przyznaję, że i one zajmują poczesne miejsce w naszym systemie oświaty. Jednak tualeta – jeśli chodzi o nasze kształcenie – przebija wszystkie instytucje edukacyjne i kulturalne. Tak więc, gdy zdarzy nam się wysyłać podziękowania ludziom i instytucjom, które nas ukształtowały i wychowały, powinniśmy również pamiętać o podziękowaniach dla owego sanktuarium sowieckiej kultury – tualety.

W taki właśnie sposób Vasile Ernu, autor książki Urodzony w ZSRR, opisuje wyjątkowe miejsce, jakie zajmowała toaleta w życiu każdego mieszkańca ZSRR. Jego zdaniem funkcja WC wybiegała daleko poza kwestie przyziemne i stanowiła swoisty ośrodek kształtowania myśli. Wszystko za sprawą książek, które były niezbędnym elementem rytuału wizyty w tualecie.

I rzeczywiście, kiedy idziesz do tualety, to z szacunku dla tego miejsca powinieneś mieć przy sobie dwie rzeczy. Książkę i papier toaletowy. (…) Jeśli chodzi o książkę, to nie istnieją tu wyraźne preferencje związane z jej tematyką. Wszystko zależy od ciebie. Wolno ci zabrać każdą książkę, którą chciałbyś przeczytać. Tualeta jest doskonałą czytelnią i miejscem, z którego wyszła nieprzebrana rzesza najwybitniejszych sowieckich intelektualistów.

Ernu nie jest odosobniony w swoim postrzeganiu społecznej funkcji toalety. Warto zauważyć, że coraz więcej publicznych WC, ulokowanych chociażby w klubokawiarniach, oferuje swoim gościom półeczki z książkami.

Z okazji Prima Aprilis, z przymrużeniem oka, prezentujemy naszym Czytelnikom zdjęcia nietypowych Salonów Lektur z różnych zakątków świata…

„W Amazonii”

Firma Amazon, największa na świecie sieć księgarń wysyłkowych, rozpoczęła budowę swoich centrów logistycznych w Polsce. W sumie mają powstać 3 oddziały, w których zatrudnienie znajdzie łącznie nawet 10 tysięcy osób. Niebawem rozpocznie się zakrojony na szeroką skalę proces rekrutacyjny.

Reakcje na tę wiadomość są zróżnicowane. Z jednej strony pojawienie się tak wielu nowych miejsc pracy na różnych stanowiskach jest bardzo korzystne. Wiążą się z tym jednak pewne obawy. Pod koniec zeszłego roku w niemieckich oddziałach miała miejsce seria strajków. Pracownicy skarżyli się na niskie płace, nieodpowiednie warunki pracy i niekorzystne formy umów. Już teraz wiadomo, że nie każda osoba zatrudniona w polskim Amazonie będzie mogła liczyć na umowę o pracę.

Wątpliwości wzbudzają również pytania, które mają padać podczas rozmów kwalifikacyjnych. Dotyczą one nie tylko pracy, lecz także osobistych doświadczeń i przekonań kandydata. Osoba starająca się o zatrudnienie w Amazonie może zostać poproszona o opisanie sytuacji, w które musiała kogoś przeprosić lub opowiedzenie o największym błędzie, jaki zdarzyło jej się popełnić.

Okładka francuskojęzycznej wersji książki "W Amazonii"

Kolejną kontrowersją związaną z działalnością firmy jest kwestia automatyzacji pracy. W Stanach Zjednoczonych trwają prace nad wdrożeniem dronów, które pełniłyby funkcję superszybkich doręczycieli zamówień. Urządzenie to jest bezzałogowe i nie wymaga zdalnego sterowania, dlatego innowacja taka wiąże się z możliwością zmniejszania się liczby miejsc pracy, co jest postrzegane jako poważne zagrożenie.

Francuski dziennikarz Jean-Baptiste Malet postanowił przekonać się na własnej skórze, jakie są blaski i cienie pracy w firmie Amazon. Na podstawie swoich doświadczeń napisał reportaż. Polska wersja książki pod tytułem W Amazonii ukaże się w październiku 2014 roku nakładem wydawnictwa Claroscuro.

Książki, które leczą

Czy literatura może być lekarstwem? Okazuje się, że tak, i to w ścisłym znaczeniu tego słowa.

Biblioterapia, czyli leczenie za pomocą czytania, to stosunkowo nowa metoda terapeutyczna. Jej najbardziej znaną formą jest skierowana do dzieci bajkoterapia. Jednak z leczniczych właściwości (o)powieści może skorzystać każdy bez względu na wiek. Najlepiej zgłosić się do wykwalifikowanego biblioterapeuty, który przepisze odpowiednią dawkę właściwych lektur, dobranych stosownie do dolegliwości.

Książka zamiast psychoterapii

FreeDigitalPhotos.net

FreeDigitalPhotos.net

W Polsce biblioterapia jest jeszcze stosunkowo mało znana. Praktykuje się ją właściwie tylko w odniesieniu do dzieci i młodzieży borykających się z problemami zdrowotnymi i psychologicznymi. Zwykle terapia taka ma formę zajęć grupowych z elementami zabawy i ćwiczeń.

W Wielkiej Brytanii oblicze biblioterapii jest zupełnie inne. Grupą docelową nie są już tylko dzieci, lecz osoby w każdym wieku, a nawet częściej dorośli. W Londynie powstała instytucja The School of Life, specjalizująca się m.in. w prowadzeniu biblioterapii indywidualnej lub dla par.

Do zespołu biblioterapeutów z The School of Life należy m.in. współautorka książki The Novel Cure, będącej zbiorem literackich recept na różne dolegliwości – Ella Berthoud. Wizytę u niej opisał John Crace, dziennikarz „The Guardian”:

Minęło ponad 20 lat, odkąd po raz ostatni byłem na kozetce terapeuty. Mój psychiatra zwykł siadać za mną i nie odzywać się ani słowem przez bite 50 minut. Ta terapia nie skończyła się dobrze dla żadnego z nas.

Tym razem jest to znacznie bardziej satysfakcjonujące doświadczenie. Przede wszystkim moja terapeutka, Ella Berthoud, siedzi naprzeciwko mnie i utrzymuje kontakt wzrokowy. Poza tym rozmawiamy o książkach – jest to temat, na który mówię o wiele chętniej, niż o ubogich zakamarkach własnego psyche. Ella jest biblioterapeutką – leczy przy pomocy książek. Wysłuchuje ludzi, którzy opowiadają o tym, co się dzieje w ich życiu, i zaleca lektury, które mogą im pomóc. Leczenie czytaniem zamiast leczenia gadaniem. (…)

Źródło: The Guardian

Literatura w pigułce

Okładka brytyjskiego wydania książki "The Novel Cure"

Książka The Novel Cure (dosł. powieściowy lek), którą Ella Berthoud napisała do spółki z Susan Elderkin, to alfabetyczny spis najróżniejszych dolegliwości, do których przypisane są odpowiednie powieści-leki. Książka ma formę leksykonu i jest ponadto zaopatrzona w indeksy oraz spisy najważniejszych pozycji beletrystycznych. Nie jest to jednak publikacja naukowa czy specjalistyczna – autorki kierują swoją książkę do szerokiego grona czytelników, którzy chcą potraktować literaturę nie tylko jako rozrywkę, lecz także jako sposób na poprawienie swojego samopoczucia.

Polska wersja książki ukaże się w grudniu 2014 r. nakładem wydawnictwa Claroscuro.

Jak i dlaczego to działa?

Mogłoby się wydawać, że literatura nie oddziałuje na czytelników aż tak mocno, by wpływać na ich stan zdrowia. Jest to uzasadnione zastrzeżenie, ale tylko częściowo. Z pewnością biblioterapia nie uleczy chorób ciała, ale może wpływać na poprawę samopoczucia i kondycji psychicznej. Co więcej, zdaniem biblioterapeutów odpowiednio dobrane książki są źródłem nowych perspektyw, pobudzają wyobraźnię, dają nowe spojrzenie na rzeczywistość, dzięki czemu mogą przyczyniać się do szeroko rozumianego rozwoju pacjenta.

Sztuka jako remedium

FreeDigitalPhotos.net

FreeDigitalPhotos.net

Trzeba pamiętać, że biblioterapia nie jest odosobnioną techniką, lecz przynależy do szerszej kategorii, tzw. arteterapii. Arteterapia to, najogólniej mówiąc, metody leczenia i wspomagania rozwoju oparte na kontakcie pacjenta ze sztuką. Jest to kontakt zarówno bierny, jak i czynny – pacjent nie tylko odbiera różne formy artystyczne, lecz także podejmuje próby ich tworzenia lub odtwarzania.

Biblioterapia odkrywa potencjał drzemiący w literaturze. Nie ma w tym nic z działania magicznego, bo mechanizm jest prosty – odkrywając nieznane sobie światy, czytelnik pogłębia swoją wyobraźnię, empatię, uczy się lepiej rozumieć otaczający go świat i innych ludzi. A może również – samego siebie.

Opowiedzieć książkę rysunkiem – rozmowa z Miguelem Imbirimbą

Jak powstała okładka do Tajnego agenta Jaime Bundy? Co jej twórca ma wspólnego z Polską? Jak dogadują się ze sobą Angolczyk i Brazylijczyk? Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Miguelem Imbirimbą – autorem okładki książki Tajny agenta Jaime Bunda!

Claroscuro: Czy mógłby pan opowiedzieć nam o początkach pana przygody z rysunkiem ? Czy zawsze myślał pan, że to będzie pana zawód? Skąd pomysł na ilustrowanie komiksów?

Miguel Lalor Imbirimba: Rysowałem od zawsze, a od 10. czy 12. roku życia jestem wielkim fanem komiksów. To wtedy miałem okazję zobaczyć wystawę komiksów francuskich i spotkanie to okazało się miłością od pierwszego wejrzenia. Później, żeby dostać się na Akademię Sztuk Pięknych, porzuciłem nawet studiowanie nauk społecznych na uniwersytecie. Jako ciekawostkę powiem, że moim mistrzem był Polak, pan Bohdan Bujnowski, który wywarł ogromny wpływ na mój wybór drogi zawodowej. W pewnym momencie myślałem nawet o podjęciu studiów w Warszawie, tak bardzo mnie zainspirował. Polska zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.

C: Stworzył pan okładkę do portugalskiego wydania Pepeteli Tajny Agent Jaime Bunda, za pańską zgodą wykorzystaliśmy ją do polskiego wydania książki. Jak do pana dotarła powieść i tym samym zlecenie na projekt okładki? Jest pan Brazylijczykiem, książka napisana została w Angoli. Obecnie mieszka pan we Francji, prawda?

MLI: W tamtym okresie pracowałem akurat dla wydawnictwa Pepeteli, Editions Dom Quixote w Lizbonie. Fakt, że Pepetela pochodzi z Angoli, a ja z Brazylii bardzo nas do siebie zbliżał. Brazylijczyk zawsze ma coś w sobie z Afrykanina, czy to w genach, czy w duszy. Zostałem więc wybrany do pracy nad okładką książki Pepeteli w sposób zupełnie naturalny. Od dziesięciu lat mieszkam w Paryżu i pracuję nad komiksami, ale czasem brakuje mi tworzenia jakiejś okładki.

C: Po lekturze powieści miał pan od razu pomysł na okładkę? Jak podobała się panu książka?

MLI: Myślę, że ta okładka należy do udanych. Natychmiast zrozumiałem humor i ducha książki, i bardzo przypadła mi ona do gustu. W brazylijskiej odmianie portugalskiego słowo ‚bunda’ oznacza pośladki. A Brazylijczycy wyznają prawdziwy kult tej części ciała, co jest oczywistym wpływem kultury afrykańskiej. Postać Jaime jest w 80% własnym tyłkiem, to jakże przedstawić go inaczej?

C: Czy myśląc o okładce, którą ma pan zaprojektować, bierze pan pod uwagę krąg kulturowy, do którego należą przyszli czytelnicy? Czy zastanawia się pan nad różnicami w poczuciu humoru, rozumieniu estetyki u odbiorców z różnych państw? Na przykład, czy w Portugalii słyszał pan taką opinię, że okładka Tajnego agenta… może sugerować, że to książka dla dzieci? Myśli pan, że pańskie intencje zostały poprawnie odczytane?

MLI: Tak, oczywiście, myślałem o efekcie, jaki ten rysunek, dość syntetyczny, może też dziecinny, wywrze na czytelnikach z różnych kultur. Jest to jednak książka angolska, do tego bardzo zabawna. Patrząc z kolei na okładkę francuskiego wydania, uważam, że to katastrofa, od razu widać, że tworzył ją ktoś z zewnątrz, ktoś spoza kultury luzo-afrykańskiej, w żaden sposób nie opowiada o książce. Dla mnie zawsze ważne było to, żeby pozostać bardzo wiernym wobec tonu, w jakim napisana była książka; przy pomocy jednego rysunku staram się opowiedzieć historię, którą zawiera. I, szczerze, w przypadku Jaime Bundy udało mi się to.

C: Wspominał pan wcześniej o polskim rysowniku, który był pańskim mistrzem i źródłem inspiracji. Mógłby pan szerzej opisać tę relację?

MLI: Bohdan Bujnowski był wykładowcą rysunku i architektury na uniwersytecie, na którym studiowałem. Bardzo szybko nawiązała się między nami przyjaźń, dom profesora stał się dla mnie oazą na długie lata. Bohdan był dla mnie mistrzem, w sensie daleko przekraczającym zakres rysunku. On i jego żona Hanna wywarli na mnie ogromny wpływ. Po drodze nauczyłem się kilku słów po polsku i bardzo dużo o historii waszego kraju. Opuściłem Brazylię, żeby studiować sztukę i żyć z niej w Europie, co jest w dużej mierze jego zasługą. Niestety, nigdy nie byłem w Polsce, ale taka wizyta sprawiłaby mi ogromną przyjemność, muszę się kiedyś tam wybrać.

C: Jakie są pana plany na przyszłość? Jest pan znany głównie z komiksów, myśli pan jednak o ilustrowaniu książek?

MLI: To prawda, że zostałem pełnoetatowym rysownikiem komiksowym, ale znajduję czas na wykonanie kilku ilustracji to tu, to tam. Literatura mnie pasjonuje, dlatego też jestem cały czas otwarty na „ubieranie” książek.

C: Bardzo dziękuję za rozmowę.

MLI: (po polsku) Dziękuję!

Wywiad przeprowadziła i przetłumaczyła z języka francuskiego Joanna Wojewodzic.

Co jadał i pijał Jaime Bunda, czyli angolskie kulinaria

Zagłębiając się w świat Jaime Bundy, bohatera książki jednego z najsłynniejszych pisarzy angolskich – Pepeteli, poznajemy uroki oraz koszmary angolskiego życia w Luandzie, zwanej miastem skrajności. Podróżując wraz z młodym detektywem ulicami stolicy tego afrykańskiego kraju, widzimy nie tylko samo miasto i ludzi tam mieszkających, ale też, niczym krytycy kulinarni, zgłębiamy tajniki angolskiej kuchni. Nie bez przyczyny Bunda uchodzi za miłośnika jedzenia, będącego dla niego największą świętością, którą należy właściwie celebrować – w spokoju i przy odpowiednio zastawionym stole. Co jadał Bunda – koneser whisky, czym żywi się przeciętny mieszkaniec Angoli?

Trzeba pamiętać, że ta była kolonia portugalska to kraj właściwie nieprzerwanie od lat 50. XX wieku targany wojnami, które wpłynęły na wygląd tradycyjnej kuchni. Angolskie kulinaria to mieszanka licznych wpływów, przede wszystkim wyrafinowanej kuchni europejskiej, do której wprowadzono produkty lokalne, powszechnie dostępne na terenie tego kraju. Nie zabraknie tam również potraw znanych i, rzec można, światowo dostępnych, takich jak fast food (hamburgery i hot-dogi) zapijany coca-colą. Lecz kuchnia ta posiada też swoje smaczki, czasem uchodzące za rarytasy, czasem zdumiewające. Cóż nietypowego możemy zjeść w luandzkiej restauracji?

Podstawą potraw kuchni angolskiej są przede wszystkim: fasola, kukurydza i maniok (również przerabiane na mąkę), bataty (czyli słodkie ziemniaki) czy dziki szpinak, podawane w różnych formach, na tysiące sposobów. Funje to typowa potrawa, mająca postać placka o mniej lub bardziej stałej konsystencji, do zrobienia której wykorzystuje się mąkę z kukurydzy lub manioku. Jadany jest sam lub jako dodatek do ryby albo gulaszu. Jest to kuchnia bardzo esencjonalna, w której wykorzystuje się dużo przypraw; ostry czarny pieprz, pikantno-gorzkie curry, aromatyczny cynamon. Bardzo ważnym składnikiem jest brazylijska odmiana ostrej papryczki, zwanej piri-piri – podstawa słynnego ostrego sosu. Olej palmowy to kolejna gwiazda tej kuchni, który nadaje potrawom słodkawy smak. Używany jest niezwykle często, właściwie w większości potraw. Popularne są też ryby, głównie dorsze i sardynki (pozostałość upodobań kulinarnych portugalskich kolonizatorów?), grillowane na węglu drzewnym, co nadaje im charakterystyczny wędzony aromat, i podawane z cytryną, oraz mariscos, czyli owoce morza, w skład których wchodzą m.in. barwne langusty i okrągłe kraby. Kalulu to pozycja numer jeden w rybnym menu tego kraju, niezwykle popularna na wybrzeżu.

Ale nie jest to kuchnia wyłącznie wegetariańska. Mięso to ważny składnik diety mieszkańca Angoli. Zamawiając feijoadę będziemy delektować się smakiem świńskich uszu, kiełbasy i boczku, występujących w asyście czarnej fasoli. Mimo iż jest to danie typowo brazylijskie, nie zabraknie go w kuchni angolskiej restauracji. Kura to kolejne zwierzę nieustannie goszczące na angolskich stołach, serwowane w wielu wariacjach. Podawana w formie roladek, gulaszu, czy w sosie z orzeszków ziemnych z olejem palmowym zaskoczy nawet najwybredniejsze podniebienie. Często gotowana po prostu z solą i jedzona z ryżem. Występuje jednak przede wszystkim w towarzystwie funje. Największą niespodzianką dla zagranicznego turysty będzie obecność w kuchni angolskiej mięsa bawolego, marynowanego godzinami w zalewie z oleju i ziół, cieszącego się tak wielką popularnością jak kurczak. Jak smakuje to zwierzę, kojarzące się nam przede wszystkim z safari?

Zapraszamy do kosztowania specjałów Angoli oraz lektury książki Tajny agent Jaime Bunda, która przybliży nam klimat, w jakim przeciętny Angolczyk spożywa posiłek. Bon apetit!

P.G.

Inspiracje Shahrnush Parsipur

Shahrnush Parsipur to pisarka znana nie tylko w swoim ojczystym Iranie, ale i na całym świecie. Międzynarodową sławę przyniosła jej książka Kobiety bez mężczyzn. Co jest inspiracją dla tej niezwykłej kobiety? O czym mówi i co stara się przekazać swoim czytelnikom?

Pisarka nie boi się mówić otwarcie o kobietach w irańskim społeczeństwie. Opowiada nie tylko o ich pozycji w tym odmiennym świecie, lecz również o ich problemach. Dzięki tematom, które porusza w swoich książkach jest inspiracją dla wielu młodszych autorek. Parsipur stała się swego rodzaju mentorem, u którego rady poszukują początkujące twórczynie. Często zdarza się, że otrzymuje teksty oraz dołączone do nich prośby o opinię od początkujących pisarek, zainspirowanych jej twórczością, które przygotowują swoje książki do wydania. Z uśmiechem przyznaje, że w swojej twórczości sama również inspirowała się dziełami innych pisarzy. Kto więc wywarł wpływ na twórczą pracę tej pisarki?

W pierwszej kolejności wymienia Fiodora Dostojewskiego, jako tego, którego darzy największym uwielbieniem. Śmieje się, że jest jej pierwszą platoniczną miłością, z czym wiąże się pewna historia z jej życia. Kiedy uczęszczała do katolickiej szkoły we Włoszech, w każdą niedzielę zakonnice, które prowadziły tę placówkę, opowiadały uczniom o Bogu. Parsipur wspomina, że słuchając ich, zawsze myślała, że jeśli byłaby chrześcijanką i miałaby zostać oblubienicą Chrystusa, to jednak wolałaby wyjść za Dostojewskiego.

Kolejną jej inspiracją stała się powieść angielskiego pisarza Carola Dickensa Wielkie nadzieje. Przeczytała ją ponad trzydzieści razy i nie zawahałaby się sięgnąć po tę książkę kolejny raz. Po raz ostatni towarzyszyła jej podczas pobytu w irańskim więzieniu. Wtedy to poczuła, że chociaż zna tę historię na pamięć, to wywiera ona na niej takie samo wrażenie, jak za pierwszym razem. Co ciekawe, nie czytała nigdy żadnej innej powieści tego autora. Parsipur nie odmawia zasług w kształtowaniu jej stylu również literaturze latynoamerykańskiej. Jako swoich mistrzów tego nurtu wymienia Gabriela Gárcię Márqueza i Jorge Luisa Borgesa. To pod ich wpływem styl pisarstwa Parsipur przybrał formę poetyki magicznego realizmu – dominującego nurtu Ameryki Łacińskiej. Lecz nie są to jej jedyne inspiracje.

Wskazuje też na mitologię, nie tylko grecką czy rzymską, ale też m.in. sumeryjską czy rodzimą, irańską, jako kolejne ze źródeł, które odcisnęło na niej swoje piętno. Podczas studiów zainteresowała się wróżbiarstwem chińskim, filozofią i religią Chin. Na własną rękę zaczęła poznawać ten kraj, jego bogatą kulturę i wielowiekową tradycję. Po nitce do kłębka, następnie kolej przyszła na Indie, a wpływ mitologii chińskiej, indyjskiej i irańskiej wciąż jest widoczny w jej utworach, tak jak właśnie w Kobietach bez mężczyzn. Ale czy znalazł się ktoś z własnego podwórka, kto zachwycił ją równie mocno jak wspomniani twórcy?

Zdecydowanie tak. Spośród Irańczyków najważniejszym twórcą według Parsipur jest Sadeq Hedayat. Studiował on literaturę zachodnią, a czerpał z dokonań takich pisarzy jak Allan Edgar Poe czy Franz Kafka. Pod koniec lat 30. wydał powieść Blind Owl (polski tytuł – Ślepa sowa). Tekst ten uznano za irańskie arcydzieło literackie XX wieku, z czym w stu procentach zgodziła się Parsipur. Ceni ona ten utwór i przyznaje, że wywarł na niej niesamowite wrażenie. Nawiązała do niego w dwóch książkach: najpierw w Touba and Meaning of Night (dosł. ‚Touba i sens nocy’), a następnie w Blue Intellect (dosł. ‚Niebieski intelekt’).

A na koniec ciekawostka; Ślepa sowa ukazała się w polskiej wersji w 1979 nakładem wydawnictwa PIW. A dziś możecie ją kupić na Allegro. Ceny zaczynają się już od 1,50 zł.

M.G